Featured post

Dlaczego „Chrobry Szlak”?

Obóz narodowy w Polsce obejmuje swoim zasięgiem oddziaływania istotną część polskiego społeczeństwa, jednocześnie nie posiadając odpowiadającej swojemu znaczeniu reprezentacji politycznej. Po przegranych przez Ligę Polskich Rodzin wyborach parlamentarnych w 2007 roku nie została odtworzona organizacja polityczna będąca narodową w najbardziej dosłownym znaczeniu, czyli odwołującą się do narodu jako wszystkich pokoleń Polaków. Ruch Narodowy pozostaje organizacją młodego pokolenia, nie obejmując swoim działaniem całości społeczeństwa. Sprawia to, że znaczenie polityczne obozu narodowego jest niewspółmierne do zakresu zagadnień, przed którymi stoi dziś naród polski.

Główną przyczyną tego stanu rzeczy są nadmierne partykularyzmy poszczególnych organizacji i środowisk, tworzących dziś szeroko pojęty obóz narodowy, niweczące oczywistą dziś konieczność tworzenia jednolitej reprezentacji politycznej.

Obóz narodowy w Polsce tworzą dziś ludzie odwołujący się do różnych tradycji politycznych: narodowo-katolickiej, narodowo-radykalnej, konserwatywnej czy monarchistycznej. Inicjatywa „Chrobry Szlak” jest w zamierzeniu pomysłem mającym na celu integrację różnych środowisk politycznych i społecznych ruchu narodowego, znajdujących się dziś w różnych organizacjach narodowych. „Chrobry Szlak” to historyczna nazwa pisma Stronnictwa Narodowego i Narodowych Sił Zbrojnych, wydawanego pod okupacją niemiecką.

„Chrobry Szlak” nie jest pomysłem stworzenia nowej organizacji, gdyż doświadczenia realizacji pomysłów na jednoczenie się narodowej prawicy niejednokrotnie skutkowały powstaniem trzeciej organizacji obok dwóch, które podejmowały próby jednoczenia się. Inicjatywa publicystyczna „Chrobry Szlak” ma w założeniu stanowić forum wymiany myśli publicystów obozu narodowego występujących we własnym imieniu, niekoniecznie w imieniu organizacji, do których przynależą. Ma również służyć wzmacnianiu oddziaływania społecznego myśli obozu narodowego. Czy tak się stanie, czas pokaże …

Jan Waliszewski

Michał Owczarski – Dość dyskryminacji ludzi w Polsce

Fundacja Ordo Iuris przygotowała projekt ustawy zmieniającej kluczowe zapisy obecnie obowiązującej, uznawanej za kompromisową, ustawy o ochronie życia ludzkiego. Komitet Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej „Stop Aborcji” uzyskał dla tego projektu poparcie nim niemal pół miliona Polaków. Podpisy zbierali nie tylko sygnatariusze komitetu, fundacje: Pro-Prawo dla Życia, Centrum Inicjatyw dla Życia i Rodziny, Ordo Iuris, czy Stowarzyszenie im. Ks. Piotra Skargi, ale również zwykli ludzie: wolontariusze, parafianie, czy młodzież. Udzielone wsparcie wielu innych podmiotów takich jak MaterCare Polska, Konfederacja Kobiet RP, Stowarzyszenie Koliber, Fundacja Życie, czy Fundacja Nazaret to tylko niewiele spośród dziesiątek organizacji wspierających obywatelską zbiórkę.

Dlaczego chcemy wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji?

W XXI wieku, który szczyci się z coraz wyższych standardów ochrony praw człowieka, pozostawia się żywo urodzone dzieci w procedurze aborcji bez podejmowania działań leczniczych obliczonych na ratowanie życia, czy zmniejszenie cierpienia. Takie postępowanie narusza przepisy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Państwo polskie jest zobowiązane do zapewnienia ochrony życia ludzkiego niezależnie od etapu rozwoju życia człowieka. Zgodnie z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego, nie można różnicować poziomu ochrony życia ludzkiego w zależności od fazy jego rozwoju i dotyczy to także fazy prenatalnej. Natomiast stosownie do rozwiązań „Konwencji o prawach dziecka” – „dziecko, ze względu na swoją niedojrzałość psychiczną i fizyczną wymaga, szczególnej opieki i troski, w tym właściwej ochrony prawnej, zarówno przed, jak i po urodzeniu”. Celem inicjatywy jest przywrócenie pełni praw człowieka, ze szczególnym uwzględnieniem prawa do życia, osobom najsłabszym, które nie mogą samodzielnie się bronić. Jednocześnie, projekt zapewnia realizację zasady równości wobec prawa i służy zakończeniu prawnej dyskryminacji ludzi w prenatalnym okresie ich rozwoju. Co więcej, zobowiązuje organy administracji publicznej do zapewnienia ochrony i opieki tym rodzinom, które stają przed trudnościami przykładowo związanymi z opieką nad dziećmi niepełnosprawnymi.

Czy cofamy się do „średniowiecza”?

W debacie na temat naszego projektu narosło wiele mitów. Nie jest prawdą, że pozbawia się kobiety opieki medycznej w sytuacji, gdy jest zagrożone jej życie. Projekt zezwala na prowadzenie działań medycznych przez lekarzy, licząc się z tym, że takie działania mogą prowadzić do śmierci dziecka. Lekarze nie będą w takich sytuacjach karani w żaden sposób. Mówimy tutaj o zasadzie podwójnego skutku, czyli o podejmowaniu działań, które są obliczane na ratowanie życia jednej osoby, ale jeżeli konsekwencją tego będzie śmierć dziecka. Druga nieścisłość to jest kwestia odpowiedzialności kobiety za poronienie. Zdecydowana większość przypadków poronień nie nosi znamion winy umyślnej kobiety i nie jest przestępstwem. Kobieta nie ponosi odpowiedzialności za nieumyślne pozbawienie życia dziecka poczętego i sam fakt poronienia nigdy nie będzie mógł stanowić podstawy do wszczęcia śledztwa przez prokuratora. Zgodnie z projektem, nie popełnia przestępstwa lekarz, jeżeli śmierć dziecka poczętego jest następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia matki dziecka poczętego. Trzecia nieścisłość, która się pojawia, to problematyka ciąży pozamacicznej. W takich przypadkach działania lecznicze mogą być podjęte niezwłocznie.

Czy możliwa jest jeszcze polemika ze środowiskami pro-choice?

Zwolennicy aborcji roztaczają niezwykle czarną wizję tego, co się może dziać, jeśli zmienimy model ochrony życia. Porównują Polskę do Salwadoru, podając historie kobiet, które poroniły i ze szpitala trafiły do więzienia. W informacjach o Salwadorze, tych rozpowszechnianych przez Amnesty International, wypadałoby sprostować kilka rzeczy. Z wyroków sądowych i danych rządowych wynika, że mamy tam do czynienia z wyrokami za dzieciobójstwo, a nie za poronienie czy aborcję. Amnesty International przywołuje sprawę Carmen Guadalupe Vazquez Aldana, która otrzymała wyrok 30 lat pozbawienia wolności i została ułaskawiona. W rzeczywistości skazano ją za kwalifikowane zabójstwo. Drugi argument podnoszony przez przeciwników naszego projektu jest taki, że obecne przepisy w Polsce są i tak bardzo rygorystyczne i sytuują nas gdzieś na poziomie państw afrykańskich czy Ameryki Południowej. Projekt nie jest żadną aberracją jeśli chodzi o prawo karne. Obecne rozwiązania prawne w Polsce zapewniają niekiedy niższy standard ochrony prawa do życia dziecka w prenatalnej fazie rozwoju niż w wielu państwach, także Unii Europejskiej, jak np. na Malcie. Na świecie spośród wszystkich 196 państw są aż 123, które lepiej chronią ludzkie życie niż Polska. Nieprawdą również jest to, że badania prenatalne stracą rację bytu, skoro nie można będzie dokonać aborcji ze względu na wady rozwojowe płodu. Proponowane zmiany nie dotyczą badań prenatalnych dlatego, że badania te są gwarantowane inną ustawą – o dostępie do świadczeń zdrowotnych. Te rozwiązania pozostają nienaruszone. Aktualnie najmocniej podnoszonym argumentem naszych przeciwników jest ochrona dzieci poczętych w wyniku gwałtu. Przypisuje się nam okrucieństwo i bezduszność. Doskonale rozumiemy, że taka sytuacja dla kobiety i jej dziecka jest niezwykle złożona i trudna. Jednocześnie trzeba zadać pytanie, czy wobec dziecka poczętego należałoby zastosować karę śmierci za działanie osób trzecich? W takiej sytuacji dziecko ponosi odpowiedzialność za działanie sprawcy, a taka konstrukcja jest obca prawu karnemu.

Jakie konkretne korzyści przyniesie nowa ustawa?

Dziecku poczętemu będą przysługiwały prawa pacjenta takie jak przysługują osobom już narodzonym. Organy Państwa będą miały obowiązek zapewnienia pomocy materialnej i opieki dla rodzin wychowujących dzieci dotknięte ciężkim upośledzeniem lub chorobą, a także w sytuacji uzasadnionego podejrzenia, że poczęcie nastąpiło wskutek czynu zabronionego. Projekt przewiduje uprzywilejowaną pozycję kobiety. Sąd będzie mógł odstąpić od wymierzenia kary, jeżeli jej czyn był następstwem nacisków ze strony osób trzecich, np. ojca dziecka nakłaniającego do aborcji lub dostarczającego środki poronne. Zatrzymana zostanie passa kultury śmierci, zmniejszy to nasze obawy przed zalegalizowaniem eutanazji. Poprawią się przez to nasze relacje z najbliższymi, zdrowie i życie ludzkie będą dobrami o najwyższym priorytecie. Zuchwałość i bezkarność środowisk promujących zabijanie dzieci będzie redukowane, a w konsekwencji promowanej kultury prawa do życia wzrośnie poczucie bezpieczeństwa i zaufanie do najbliższych, tak potrzebne choćby wśród osób niepełnosprawnych.

Michał Owczarski

Kamil Klimczak – Modernizm niszczy sam siebie

Nawet mało uważny obserwator życia publicznego pewnie zauważył informację o tym, że znany „ksiądz-narodowiec” czyli Jacek Międlar, opuścił Zgromadzenie Księży Misjonarzy. Włącznie z kilkoma mniej lub bardziej fortunnymi wypowiedziami kościelnych hierarchów, do których ustosunkowywałem się na łamach „Chrobrego Szlaku”, daje to obraz bardzo niepokojący – oto Kościół odwraca się od narodowców i dryfuje w rejony… powiedzmy nieciekawe z naszego punktu widzenia. Z kolei w podłódzkim Aleksandrowie dochodzi do machinacji na styku lokalnego samorządu, księdza – biznesmena i starokatolików. Wbrew pozorom to egzemplifikacja tego samego problemu.

Zacznę od wspomnianego ks. Jacka Międlara. Kapłan ten dał się poznać jako człowiek dość odważny i dosadny, wychodzący do środowisk „młodonarodowych” we Wrocławiu, głoszący do tego w dosadny sposób katolicką naukę na wiecach i manifestacjach. W swoich kazaniach piętnował on modernizm, liberalizm… Wydawać by się mogło, że to jest ten ksiądz, na którego czekał obóz narodowy w Polsce. Tym bardziej bolały nałożone na niego przez przełożonych zakazy. Ich łamanie wzbudzało u niektórych zachwyt, a u niektórych zaniepokojenie. I nagle, stało się. „Nie jestem w stanie łączyć Prawdy i Bożego Słowa, z liberalną narracją, w jaką środowiska żydowskie, gejowscy lobbyści, a zatem i moi przełożeni próbowali mnie wpisać.” – tak napisał ks. Międlar po opuszczeniu zakonu.

Moje przerażenie spowodowała druga wypowiedź ks. Międlara „Tak naprawdę po rozmowie z przełożonym dowiedziałem się, że moja perspektywa na najbliższe lata, na najbliższe naście lat, a nawet 20 lat, miałaby się ograniczać jedynie do spowiadania, odprawiania Mszy Świętej. Mógłbym pomarzyć o jakiejkolwiek katechizacji, jakichkolwiek wykładach w seminarium, itd. Stąd podjąłem decyzję, że ciężko ciągnąć to dalej. Jezus obdarzył mnie wiedzą, obdarzył mnie talentami, obdarzył mnie wiarą, stąd sprzeniewierzyłbym się Ewangelii, gdybym te wszystkie talenty i charyzmę, którą Bóg mi dał, zakopał pod ziemię.” Okazuje się, że redukcja powołania kapłańskiego do spowiadania i odprawiania Mszy to obraza! Nie piszę tego, żeby dyskredytować ks. Międlara. Jest młody i pełen zapału, ale… wygląda na to przez sześć lat formacji seminaryjnej nikt nie powiedział mu, co to znaczy być kapłanem rzymsko – katolickim. A zasadniczo, księży wyświęca się właśnie do sprawowania sakramentów: Eucharystii, spowiedzi i namaszczenia chorych. We wszystkich innych czynnościach mogą kapłanów zastąpić diakoni czy świeccy. Z tego mało kto sobie zdaje sprawy, bo znajomość katechizmu „leży” i to nie tylko u zwykłych wiernych, ale i u kapłanów, co jest mocno przygnębiające.

Ksiądz Międlar zresztą używa często pojęć „modernizm” i „liberalizm”, z tym że odnoszę wrażenie iż nie do końca wie co się za tymi pojęciami kryje. W swoim oświadczeniu pisze o „żydowskich wpływach i gejowskim lobby”. Cóż, na pewno nie jest to esencja kościelnego modernizmu, którego głównymi wykwitami są kolegializm, fałszywy ekumenizm i wolność religijna – reszta to tylko pochodne. Ponadto: zakonnicy i w ogóle wszyscy księża są zobowiązani do posłuszeństwa swoim przełożonym. Czy ks. Jackowi kazano zrobić coś obiektywnie złego? Nie. Zdaje się, że zakazy i przenosiny nie były sprawiedliwymi decyzjami, ale dopóki takie zakazy nie szkodzą zbawieniu zainteresowanego księdza lub wiernych – to sprawa jest prosta. Mimo wszystko, mam nadzieję, że ks. Międlar odnajdzie jakąś diecezję, zakon czy instytut, gdzie nauczy się co to znaczy być księdzem katolickim i do tego nie będzie „glanowany” za każdą wypowiedź, choćby była ona mocno niefortunna. Krótko mówiąc: Oremus!

Natomiast to co się dzieje w Aleksandrowie Łódzkim zapewne umknęło większości Czytelników, więc muszę pokrótce przedstawić przebieg wydarzeń. W mieście od kilkunastu lat działa ks. Jacek Stasiak, ksiądz-biznesmen, prowadzący swoją ekumeniczną fundację, która posiada szkoły, księgarnię i poewangelicki kościół. I o ten ostatni toczyły się boje, bowiem bez zezwolenia łódzkiej kurii ks. Stasiak odprawiał tam przez długi czas Msze święte. Kapłan zaprzyjaźnił się z rządząca od dawna w Aleksandrowie Platformą Obywatelską, która przeniosła wszystkie uroczystości do „jego” kościoła pw. św. Stanisława Kostki. 3 lata temu abp Marek Jędraszewski suspendował (zakazał wykonywania czynności kapłańskich) nieposłusznego księdza. Ten zakazem się nie przejął i dalej odprawiał Msze, prowadził działalność, organizował w kościele koncerty i uroczystości. Niedługo potem popadł w kłopoty finansowe, gdy okazało się, że jego fundacja ma duże długi wobec ZUS-u i powiatu zgierskiego. Niedawno nad kościołem św. Stanisława Kostki pojawiło się widmo licytacji.

Sprytny ksiądz w sierpniu przekazał kościół… na katedrę Kościoła Starokatolickiego w RP. Wyszło to na jaw we wrześniu, podczas uroczystości 200-lecia Aleksandrowa Łódzkiego. Elementem oficjalnych obchodów była Msza odprawiona – a jakże! – w kościele św. Stanisława Kostki. Na obchodach pojawili się duchowni starokatoliccy (niektórzy skazani prawomocnymi wyrokami za pospolite przestępstwa, m.in. za pedofilię). Wywołało to reakcję łódzkiej kurii, która wydała komunikat, w którym napisano m.in. „Istnieją poważne i uzasadnione obawy, że przedstawiciele Kościoła Starokatolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej nie są kapłanami, a ich podstępne działanie, polegające na przechwytywaniu wiernych, jest występowaniem przeciwko zasadom ekumenizmu.”

Cóż w tym dziwnego? Otóż przeprowadzę krótkie rozumowanie logiczne. Kościół Katolicki zawsze podtrzymywał, że „Ta jest wiara katolicka, której jeżeli kto wiernie i mocno nie wyznaje, zbawiony być nie może”. Tym samym ekumenizm polegał po prostu na nawróceniu heretyków i schizmatyków na katolicyzm. Po ostatnim soborze doszło do zmiany – otóż de facto doszło do zaprzeczenia tegoż dogmatu, a „ekumenizm” przybiera formę corocznych wspólnych spotkań modlitewnych i „dialogowania”, które prowadzi często do konsternacji prostych katolików. A teraz okazuje się, że „przechwytywanie wiernych, jest występowaniem przeciwko zasadom ekumenizmu”! A co roku w styczniu w łódzkich kościołach odbywają się modły w ramach „Tygodnia Ekumenicznego” – jak to pogodzić z odwiecznym nauczaniem Kościoła? Przedziwna, zaiste jest logika modernistów.

Przykłady dwóch kapłanów, którzy stali się dużym problemem dla Kościoła. Obaj nie są ofiarami samego siebie, ale ofiarami modernizmu, który wypaczył wizję kapłaństwa i Kościoła. Jeden dał się ponieść emocjom i przywiązaniu do jednego środowiska, co przyćmiło jego właściwą misję jako kapłana. Drugiego uwiodła fałszywa wizja ekumenizmu i realizacja swoich zapędów polityczno – biznesowych. Obaj dopuścili się – z różnych przyczyn – nieposłuszeństwa wobec swoich przełożonych (lepszych lub gorszych). Traci na tym przede wszystkim Święty Kościół Katolicki. Upadek autorytetu władz kościelnych i samego Kościoła jest bezsprzecznie efektem tzw. reform posoborowych. Co my, zwykli wierni możemy z tym zrobić? Chyba tylko modlić się i czekać na to, że Bóg wszystko jakoś poukłada.

Na koniec zacytuję znanego francuskiego „wstecznika” i „schizmatyka”: „Żadna władza, nawet najwyższa w hierarchii, nie może zmusić nas do porzucenia lub umniejszenia wiary katolickiej, którą to Magisterium Kościoła jasno wykłada i wyznaje od ponad dziewiętnastu stuleci.”

Kamil Klimczak

Jan Szałowski – Wrześniowe skojarzenia

Bywają różne wrześnie i różne ich konotacje. Moje są rodzinne – łódzkie i kresowe zarazem. Było to właśnie w połowie września 1927 roku, gdy Matka moja wkrótce po zdanej maturze i wakacjach spędzonych na Huculszczyźnie opuszczała Lwów, przenosząc się na Wileńszczyznę w celu objęcia swej pierwszej nauczycielskiej posady.

To tam poznała mego Ojca, także przybysza, który ledwie kilka lat wcześniej przyjechał w tym samym celu z Kongresówki. Po długiej rosyjskiej nocy kraj tamtejszy był pozbawiony i szkół i ludzi wykształconych i wymagał ogromnej pracy oświatowej.

Dwanaście lat później Niemcy zaatakowali Polskę. Nie było w tym jednakże nic nadzwyczajnego, biorąc pod uwagę naszą historię. W domu do dzisiaj przechowała się stara przedwojenna premiowana książeczka oszczędnościowa. Każdego miesiąca Matka wpłacała 5 zł polskich. Pieniądze te gromadziła dla swojej matki, wdowy od 1914 roku. Ostatnia wpłata nosi datę 5 września 1939 roku! Świat mojej Matki i jej współczesnych w swym cywilizacyjnym i geograficznym wymiarze zaczął walić się bowiem dopiero po 17 września, gdy nowogródzki Dereczyn, w którym mieszkali wówczas moi Rodzice, oraz liczne miasta i miasteczka Drugiej Rzeczypospolitej zajmował nieoczekiwany i nieokrzesany okupant ze Wschodu.

Z Dereczyna można było wycofywać się tylko w kierunku Litwy. Decydowało się na to wielu mężczyzn. Jednym z nich był młody Lesław Łukaszewicz. Wbiegł on do mieszkania swoich rodziców z okrzykiem ‘Matko, Ojczyzna woła!’, i uklęknąwszy chwycił swoją matkę za kolana. Mimo beznadziejności sytuacji kobieta nie śmiała przeciwstawić się tak powziętej decyzji swego jedynego dziecka. Pocałowała go w głowę, zdjęła z szyi złoty krzyżyk, mówiąc ‘Z Bogiem’. Matka moja, mimowolny świadek, przechowała tę wzruszającą scenę. Kilka kilometrów za miastem chłopiec przebrał się w mundur wojskowy i dołączył do innych. Przy oddziale wojska znalazło się także dwudziestu harcerzy z Warszawy. Wkrótce młodzieniec wrócił do domu ze straszliwą wieścią, iż wszyscy harcerze zostali wymordowani przez sowieckich żołdaków. On sam uniknął śmierci tylko dlatego, że podał się za ordynansa oficera oraz znał język białoruski. Wkrótce bolszewicy zwołali wiec, na który przyszło wielu zaciekawionych. Wojskowi politrucy, widząc dobrze ubranych ludzi, pytali ze zdziwieniem, dlaczego na wiec nie przyszedł ‘prosty lud roboczy’. Z trudem mogli znaleźć kogoś, kto by opluwał przedwojenna Polskę. Tamtego pamiętnego września Sowieci wkroczyli także do miasta młodości mojej Matki, do tego miasta, w którym rodzice mieli osiąść, gdy nadejdzie czas ich emerytury.

Tymczasem pod koniec września Niemcy i Sowieci ostatecznie wytyczyli wspólną granicę. Polska terytorialnie przestała istnieć a sytuacja ludności stała się nieporównywalnie gorsza, niż po 1795 roku. Nic też dziwnego, że pięć lat później częstokroć ci sami oficerowie nie mogli się nadziwić dlaczego nie wita się ich kwiatami. Nie było żadnego powodu. Wprost przeciwnie. W Galicji Wschodniej nowa fala ukraińskich mordów na początku 1945 roku odbywała się przy całkowitej sowieckiej obojętności.

Po ofensywie styczniowej 1945 roku rodzina mego Ojca mogła powrócić z wysiedlenia do Łodzi. Rodzina mojej Matki w tym samym czasie była ekspatriowana z miast Wschodniej Galicji – Lwowa, Buczacza i Stanisławowa.

Dumny polski Lwów, który w przedwojennej wizji E. J. Omańczyka i jego rówieśników mieszkających w Niemczech miał stać się po wsze czasy ‘gniazdem zlotowym młodzieży polskiej z zagranicy’ został do połowy 1946 roku niemal całkowicie wyczyszczony z Polaków. Moja babka od strony Matki zmarła jako ekspatrianta jesienią 1945 roku w pobliżu Odry, aż pod nową niemiecką granicą. Moi nieżyjący już Rodzice po raz ostatni byli we Lwowie latem 1939 roku. Mnie udało się odwiedzić Lwów dopiero 46 lat po wojnie. Moi liczni krewni w większości nie byli tam nigdy.

Właśnie w tych dniach mija kolejna rocznica wkroczenia wojsk sowieckich do Lwowa. Jak co roku liczni Polacy patrzą na wschód w stronę, gdzie leżą prochy naszych przodków. Niemcy, o ile nie liczyć odwodu królewieckiego, mogą zupełnie swobodnie odwiedzać swoje małe ojczyzny w granicach Polski. Zaś nam Polakom łatwiej jest wyjechać do Niemiec, czy też do któregokolwiek kraju Europy Zachodniej, niż w przeciwną stronę. Na terenie państwa ukraińskiego już od wielu lat odradza się, w odmienionej lecz nadal banderowskiej szacie, skrajny nacjonalizm. Nie głaszczą także Polaków, ani na Litwie, ani na Białorusi.

Patrząc na to trudno uwierzyć, że żyjemy już w XXI wieku – stuleciu, jak nam się wmawia, wszelakich standardów – i że przez tyle minionych lat władze polskie niczego nie robiły dla poprawienia polskiego losu na ziemiach odłączonych od naszej Ojczyzny. Pilnie musimy obserwować, czy ci, których wybraliśmy, działają szczerze dla dobra polskiego losu!

Jan Szałowski

Oświadczenie Klubu imienia Romana Dmowskiego w sprawie zajść w dniu 2016.09.25 w Łodzi

W imieniu Klubu imienia Romana Dmowskiego, organizatora niedzielnej manifestacji „Łódź za życiem – przeciw aborcji” wyrażamy sprzeciw wobec zaniechań policji oraz władz miasta w zakresie zabezpieczenia manifestacji w dniu 2016.09.25, w czasie której doszło do aktów fizycznej agresji ze strony uczestników demonstracji zorganizowanej przez Partię Razem. Uszkodzone została nasze urządzenie nagłaśniające, byliśmy znieważani słownie … Na miejscu nie było jakiejkolwiek ochrony policyjnej, chociaż przy innych demonstracjach narodowców zwykle jest niebiesko od policyjnych „kogutów”.

W związku zadajemy publicznie pytania:

  • z jakiego powodu nie zapewniono ochrony policyjnej zgromadzenia, dopuszczając do zaistnienia złamania prawa przez manifestantów Partii Razem?

  • dlaczego wobec napaści na nasze zgromadzenie demonstracja Partii Razem nie została rozwiązana, pomimo że jej uczestnicy dopuścili się złamania prawa?

Oczekujemy wyciągnięcia konsekwencji personalnych wobec winnych zaniechań, jakich dopuściła się policja oraz Urząd Miasta Łodzi.


Nie sposób nie zauważyć, że łodzianie mieli okazję zobaczyć (w publicznie dostępnych relacjach wideo można zobaczyć moment uszkodzenia naszego nagłośnienia przez demonstrantów Partii Razem) jak
wygląda lekcja „tolerancji” w wykonaniu lewicy: obowiązuje tak długo, dopóki służy celom politycznym lewicy i w żadnym przypadku nie obowiązuje w odniesieniu do innych opcji politycznych. Poza tą granicą lewica stosuje przemoc w odniesieniu do przeciwników politycznych, czego dzisiaj doświadczyliśmy. Dzisiejsze wydarzenia dedykujemy stowarzyszeniu „Nigdy Więcej” i podobnym organizacjom, zajmującym się zawodowym krzewieniem „tolerancji”.

Jan Waliszewski – Klub imienia Romana Dmowskiego, Ruch Narodowy

Kamil Klimczak – Klub imienia Romana Dmowskiego, Ruch Narodowy

Łódź, dnia 2016.09.29.

Jan Waliszewski – Brexit – co dalej?

 

24 czerwca 2016 roku Brytyjczycy zadecydowali w referendum o wyjściu z Unii Europejskiej. W głosowaniu wzięło udział 33,5 mln wyborców, co dało wysoką frekwencję na poziomie 72,21%. Po podliczeniu głosów Brexit stał się faktem: za wyjściem z Unii Europejskiej głosowało 51,89% głosujących wobec 48,11% głosów oddanych za pozostaniem w Unii. Rozkład geograficzny oddanych głosów w referendum pokazał również, że Wielka Brytania jest państwem, w którym podział na regiony odzwierciedla różne dążenia: Anglia i Walia głosowały za wyjściem z Unii, zaś większość głosów w Szkocji i Irlandii Północnej oddano za pozostaniem.

Przypomnieć należy, że podobne referendum przeprowadzone w Wielkiej Brytanii w 1975 roku zakończyło się zdecydowanym zwycięstwem zwolenników pozostania w Unii (67,2% głosujących oddało wówczas swój głos za pozostaniem w Unii).

Szok europejskiej opinii publicznej wywołany został faktem, że po raz pierwszy w historii Unii Europejskiej państwo członkowskie opuści tę organizację. Emocje polityków jak również zwykłych ludzi w Wielkiej Brytanii i innych państwach wynikają z faktu, że do tej pory scenariusz opuszczenia Unii Europejskiej nie był praktycznie realizowany. Do tej pory lewicowi eurokraci z Brukseli powszechnie stosowali w odniesieniu do referendów przeprowadzanych w krajach członkowskich wypróbowaną bolszewicką zasadę: „my was tak długo będziemy kochać aż zrozumiecie, że my was naprawdę kochamy”, co w przełożeniu na język praktyki politycznej oznaczało powtarzanie referendów aż do skutku w przypadku, gdy wypadały niepomyślnie dla Brukseli. Przykładem jest powtórne referendum w Irlandii w 2009 roku w sprawie przyjęcia traktatu lizbońskiego po odrzuceniu go w pierwszym referendum z 2008 roku.

Opisując Brexit w kategoriach politycznych wypada zastanowić się, jakie okoliczności zadecydowały o decyzji Brytyjczyków. Należy w tym miejscu przypomnieć, że dotychczasowy status Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej zawierał wiele odrębności wynegocjowanych przez brytyjskich polityków, dających Brytyjczykom pewną niezależność względem brukselskiej centrali. Najbardziej widoczną odrębnością była odmowa przyjęcia euro na rzecz zachowania funta jako własnej waluty. W miarę coraz bardziej widocznej degeneracji mechanizmów zarządzania Unią sceptycyzm brytyjskiego społeczeństwa narastał. Ważnym czynnikiem kształtującym świadomość polityczną Brytyjczyków stanowiła działalność UKIP, czyli Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa z charyzmatycznym przywódcą Nigelem Farage’m.

Postępująca biurokratyzacja życia gospodarczego i dążenie do regulacji kolejnych dziedzin życia przez brukselskich polityków stanowią obiekt krytyki ze strony przeciwników Unii Europejskiej w wielu krajach. Od około 2 lat życie społeczeństw krajów członkowskich Unii zdominował jednak temat niekontrolowanego napływu imigrantów pochodzenia arabskiego i związanego z nim islamskiego radykalizmu. Trudno się dziwić zatem, że w tych warunkach Brytyjczycy głosując za wyjściem z Unii glosowali jednocześnie za odizolowaniem się od problemów społecznych destabilizujących dziś Francję, Niemcy czy Belgię. Wystarczy w tym miejscu przypomnieć pokazywane w stacjach telewizyjnych szturmy imigrantów na ciężarówki wjeżdżające na Wyspy Brytyjskie tunelem w Calais. Brexit oznacza dla Wielkiej Brytanii możliwość dokonania odrębnych regulacji prawnych niezależnych od pomysłów z Brukseli w zakresie rozwiązywania chociażby problemów związanych z imigracją.

Wielka Brytania posiada również swoje liczne mniejszości etniczne, w szczególności Hindusów oraz Pakistańczyków, którzy odgrywają istotną rolę w życiu publicznym, czego wyrazem jest wybór muzułmanina na burmistrza Londynu, jednak zdecydowanie lepiej radzi sobie (jak do tej pory) z ekstremizmem islamskim w porównaniu do Francji czy Niemiec. Pozostaje jednak faktem, że również muzułmanie z brytyjskim obywatelstwem zasilają szeregi Państwa Islamskiego, czego głośnym przykładem jest chociażby słynny (nieżyjący już) „Jihadi John”, wsławiony udziałem w egzekucjach zakładników Państwa Islamskiego.

Polacy zamieszkali w Wielkiej Brytanii, którzy posiadali prawo do głosowania w referendum w większości opowiedzieli się za pozostaniem w Unii w obawie o utratę posiadanych praw, w szczególności prawa do legalnego zatrudnienia.

Wiadomo już, że dla Brexit będzie procesem długotrwałym, ze względów proceduralnych mającym charakter „podróży w nieznane”. Dla krytyków Unii Europejskiej będzie niezwykle ważnym doświadczeniem, pokazującym wbrew brukselskiej propagandzie, że po opuszczeniu Unii Wielka Brytania nie straci swojego dorobku gospodarczego i cywilizacyjnego, a zapewne uchroni się przed wieloma problemami stojącymi dzisiaj przed państwami członkowskimi Unii. Dla polskich narodowców opowiadających się za opuszczeniem przez Polskę Unii Europejskiej doświadczenia te posłużą do wypracowania drogi do przyszłego „POLexitu”.

Jan Waliszewski

Oświadczenie Klubu imienia Romana Dmowskiego w sprawie Brexitu

W związku z referendum w Wielkiej Brytanii, wygranym przez zwolenników opuszczenia przez Zjednoczone Królestwo Unii Europejskiej, wyrażamy zadowolenie z odważnej decyzji polityków i obywateli Wielkiej Brytanii.

Wynik referendum jest egzemplifikacją wszystkich zastrzeżeń jakie wobec obecnej koncepcji Unii Europejskiej, jakie podnosiły przez ostatnie kilkanaście lat środowiska nacjonalistyczne i eurosceptyczne. Proces federalizacji Unii Europejskiej, coraz bardziej wyraźny dyktat Niemiec w instytucjach unijnych, a także wykorzystywanie organów UE do realizacji lewackiej ofensywy światopoglądowej powodują, że ta organizacja staje się „więzieniem narodów” zamiast obiecywanej dobrowolnej unii. Działania przedstawicieli Unii w sprawie nielegalnych imigrantów – próby przymusowego rozdziału imigrantów i ciągłe nachalne promowanie polityki multikulturalizmu (pomimo jej oczywistego fiaska) – należy określić jako wręcz samobójcze. Całokształt działań Unii Europejskiej może niebawem doprowadzić do zniszczenia europejskiej cywilizacji chrześcijańskiej i łacińskiej.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że bilans 12 lat członkostwa Polski w Unii Europejskiej pozostawia wiele do życzenia. Już teraz więcej pieniędzy wpłacamy do unijnego budżetu, niż z niego utrzymujemy. Najgłośniejszym przykładem negatywnych skutków członkostwa Polski w Unii jest zniszczenie polskiego przemysłu stoczniowego. Obecnie nadchodzi czas zniesienia ograniczeń dla cudzoziemców w zakupie polskiej ziemi, co wobec znacznie większej siły nabywczej firm i obywateli z państw Zachodniej Europy, a zwłaszcza z Niemiec, będzie kolejnym ciosem w suwerenność Polski. Koniecznym jest gruntowna renegocjacja warunków członkostwa naszego kraju w Unii, a w razie niepowodzenia tego procesu – pójście śladem Brytyjczyków.

Jedynym lekarstwem na choroby trapiące UE jest powrót do jej źródeł – jako organizacji przede wszystkim gospodarczej będącej luźnym związkiem suwerennych państw narodowych. Wszelkie projekty federalistyczne, a także ideologiczne realizowane w skali ogólnoeuropejskiej należy odrzucić jako nieskuteczne i szkodliwe.

Z uwagą będziemy śledzić proces opuszczania Unii przez Wielką Brytanię, gdyż w tej kwestii Unia Europejska jest politycznym odpowiednikiem Związku Sowieckiego: w obydwu przypadkach wiadomo jak się tam wchodzi, a do upadku Związku Sowieckiego nie było wiadomo jak się wychodzi. Podobnie jak Związek Sowiecki Unię Europejską postrzegamy jako strukturę niereformowalną – w niedługim czasie POLexit może okazać się jedynym rozwiązaniem zgodnym z interesem narodowym. Polska powinna przygotować się do opuszczenia Unii Europejskiej.

Kamil Klimczak – Prezes Klubu im. Romana Dmowskiego, Ruch Narodowy

Jan Waliszewski – Klub im. Romana Dmowskiego, Ruch Narodowy

Kamil Klimczak – Dokąd zmierza Instytut Pamięci Narodowej?

23 czerwca Sejm wybrał pięciu członków Kolegium IPN. W ciągu następnych dni kolejnych członków wybrały Senat i Prezydent. Wszystkich dziewięciu członków tego ciała pochodzi z rekomendacji Prawa i Sprawiedliwości, co powoduje uzasadnione obawy o apolityczność tego ciała.

Historia Polski – zwłaszcza historia najnowsza, jaką IPN się zajmuje – jest rzeczą bądź co bądź upolitycznioną i trudno wymagać od członków Kolegium stuprocentowej bezstronności i apolityczności. Jednakże, za czasów rządów Platformy Obywatelskiej, IPN był atakowany – zwłaszcza przez lewicę – jako „ostoja pisowskich siepaczy”. Były to w dużej mierze oceny niesłuszne, gdyż skład ówczesnej Rady IPN można określić jako przychylny PO, a wśród pracowników IPN znajdowało się miejsce dla narodowca dr. Wojciecha Muszyńskiego, ale także dla prof. Jerzego Eislera (członka egzekutywy POP PZPR w Instytucie Historii PAN w latach 70.). Teraz – przy takim składzie Kolegium – choćby IPN odnalazł dokumenty bezspornie stwierdzające fakt współpracy któregoś z samozwańczych autorytetów z SB, to odkrycie będzie bezwzględnie deprecjonowane w związku z „upolitycznieniem IPN”.

Sam skład osobowy prezentuje się już lepiej: to wybitni historycy jak prof. Sławomir Cenckiewicz czy prof. Andrzej Nowak, czy zasłużony opozycjonista Krzysztof Wyszkowski. Zastrzeżenia można mieć do publicysty Bronisława Wildsteina (przyznał się do przynależności do masonerii). W przeciwieństwie do Rady IPN nie znalazł się chociażby dr Grzegorz Motyka, będącego pierwszym adwokatem OUN-UPA wśród polskich historyków.

Aczkolwiek – tu mała dygresja. Skład Kolegium budzi we mnie obawy, że IPN za parę miesięcy – z nowym prezesem – przejdzie na „ręczne sterowanie” przez obóz rządowy i zacznie się wyciszać kwestie niewygodne dla obecnej władzy – a przecież za kilka dni minie kolejna rocznica ludobójstwa wołyńskiego, kwestii której PiS unika jak ognia, byle tylko nie doprowadzić do zadrażnień z Ukrainą.

Dodatkowo, PiS-owska wizja historii to romantyczne „z szabelką na czołgi”, gloryfikacja sanacji i Piłsudskiego, deprecjonowanie dokonań obozu narodowego etc. Czy niedługo taka wersja będzie płynąć z publikacji sygnowanych przez Instytut Pamięci Narodowej? Oby nie. IPN – niezależnie od tego czy prezesem był Leon Kieres, śp. Janusz Kurtyka czy Łukasz Kamiński był zawsze miejscem, gdzie dociekano prawdy, a historycy niezależnie od wyznawanych poglądów mogli wyrażać swoje oceny. Zachłanność partii rządzącej powoduje jednak, że na osobę nowego prezesa i jego pierwsze decyzje z pewnością będziemy wyczekiwali w napięciu.

Na koniec – warto zauważyć, że takie załatwienie przez obóz rządzący sprawy Kolegium IPN rodzi niebezpieczeństwa na przyszłość. Prawo i Sprawiedliwość nie będzie rządzić wiecznie i kiedyś w końcu odda władzę. Co, jeśli odda władzę lewicy i liberałom, a oni, idąc przetartą ścieżką, obsadzą 100 % nie tylko Kolegium IPN, ale też samego IPN powolnymi sobie historykami?… Co wtedy z polską historiografią?

Naprawdę jest się czego bać.

Kamil Klimczak